Dlaczego chcę budować lokalny zbór z wyraźnie określoną przynależnością denominacyjną? - takie pytanie zostało mi postawione kilka dni temu, cóż... spróbuję na nie odpowiedzieć. Watchman Nee w książce "Normalne życie Kościoła" nauczał o potrzebie zerwania z wszelką zwierzchnością ponadlokalną: "Zbór lokalny jest najwyższą instancją. Nie ma nad sobą zwierzchników ani podwładnych pod sobą. Zbór miejscowy stanowi najwyższą władzę kościelną" - pisał.
Iluzoryczność tej (jakże szlachetnej) idei wychodzi na jaw, gdy od haseł przejdziemy do konkretów. Z jednej strony, według Nee: "Bóg zabrania wszelkich podziałów na podstawie doktrynalnej" z drugiej strony zaś: "Bóg nie zezwala na podziały z powodu różnic wierzeń i spraw drugorzędnych, oprócz fundamentalnych prawd wiary". Bliższe przyjrzenie się temu twierdzeniu wykaże, że jest ono zupełnie niemożliwe do zastosowania: no bo kto ma określać, co jest fundamentalną prawdą wiary, a co zaś sprawą drugorzędną? Chyba że sformułowanie "fundamentalne prawdy wiary" ma oznaczać takie poglądy, które zgadzają się z poglądami W. Nee.
Wracając do pytania postawionego na wstępie, odcięcie się od jakichkolwiek ponadlokalnych struktur denominacyjnych oznacza w praktyce uniezależnienie się od wszelkiej kontroli poprawności teologicznej, a to prowadzi do anarchicznej dowolności doktrynalnej oraz do absolutnej duchowej władzy lokalnego pastora.
Dlatego wszelkie wprowadzanie "wolności" od jakichkolwiek struktur denominacyjnych, jest w istocie wstępem do kolejnego etapu - wprowadzenia ścisłej kontroli duchowego życia i postępowania wiernych.
Jak to się ma do tego, o czym pisałem wcześniej? Otóż uważam, że struktura denominacyjna powinna być jak najbardziej płaska... pozwalająca na zgodną symbiozę lokalnych, autonomicznych zborów. W tym artykule sprzeciwiam się wszelkiej izolacji zboru w imię tzw. wolności od struktur (poziomych, a nie pionowych ;-).