Co to znaczy nawrócić się? Kiedy człowiek jest narodzony na nowo? O tym, jak ważne są to pytania świadczą zawiłości ruchu przebudzeniowego z przełomu XIX i XX wieku. Wtedy to na "przebudzeniowej scenie" pojawił się Dwight Lyman Moody (zastępując niejako Ch. Finneya), który w planowaniu i prowadzeniu przebudzeń postanowił wzorować się na świecie show-biznesu.
Od banału...
Moody zredukował pojęcie "nowego narodzenia" do nawiązania tzw. osobistej (mocno sentymentalnej) relacji z "osobistym Bogiem". Co otworzyło drogę do późniejszego postrzegania Jezusa jako "osobistego Zbawiciela". Moody przesadnie akcentował też osobiste korzyści płynące z nawrócenia. Głosił: "Nigdy nie widziałem, żeby powodzenie opuściło człowieka, który postawił Chrystusa na pierwszym miejscu w swoim życiu".
O ile w XVIII wieku nauczanie było mocno intelektualne, a nauczanie Finneya celowało w doprowadzeniu grzesznika do podjęcia NATYCHMIASTOWEJ decyzji, to teraz nauczanie opierało się na historyjkach i anegdotach. Skutkiem tego, przyjęcie Chrystusa stało się banalnie łatwe. Przez analogię warto spytać: Czy w duchowości charyzmatycznej przyjęcie Ducha Świętego również nie stało się zbyt łatwe?
Po śmierci Moody`ego, następujący po nim ewangeliści koncentrowali się w głównie na gestach, atmosferze i "odpowiednich krokach". Nawrócenie stało się sprawą podjęcia decyzji i "wykonania kroku": np. podejściu w kierunku sceny, podpisaniu przygotowanej karty, a nawet było równoważne z uściśnięciem (czy podniesieniem) dłoni.
Ruch przebudzeniowy osiągał granice "bezczelności". Jeden z czołowych postaci Billy Sunday zarobił miliony dolarów "zdobywając dusze dla Chrystusa", tak to komentując: "w końcu wychodzi to tylko około dwóch dolarów za duszę, a i tak w proporcji do liczby nawróconych biorę mniej niż jakikolwiek inny żyjący ewangelizator".
Nastąpiła głęboka banalizacja nowego narodzenia. Nic też dziwnego, że po śmierci Sunday`a ruch przebudzeniowy zszedł ze sceny na jakiś czas. Tym, który zaczął odnowę dawnego ruchu przebudzeniowego, był dopiero Billy Graham.
... w stronę fantazji
Wspomnieć tu jeszcze należy fenomen wiary w tak zwane "pełne narodzenie". Nie chodzi tu o "chrześcijan narodzonych na nowo" (born-again Christians), ale o "narodzonych w pełni" (all born). Naukę tę rozwinął w latach czterdziestych ub. wieku Franklin Hall. Powoływał się on na tekst z listu do Rzymian 8,19: "stworzenie oczekuje objawienia się synów Bożych", wg którego ci, którzy "prawdziwie wierzą" staną się Bożymi synami.
Nauczał on, że niektórzy chrześcijanie doczekają się "dojścia do człowieka doskonałego, do miary wielkości według pełni Chrystusa". Skutkiem tego, ma być otrzymanie takiego umysłu i takiej woli, jakie miał Chrystus. Hall głosił, że ludzie tacy osiągną cielesną nieśmiertelność, nie będą musieli myć swoich ciał ani prać ubrań i że będzie im towarzyszyć "widzialna chwała".
Paul Cain (z The Latter Rain Movement) napisał: "Nie tylko nie będą chorować, ale do tego nie umrą. Będą mieć rodzaj niezniszczalnego ciała, o którym mowa w 15 rozdziale I Listu do Koryntian: będzie to niezwyciężona armia. Kto ma bliski kontakt z Bogiem, tego nie można zabić". Pseudobiblijna logika prowadzi Cain`a dalej: "Nie musimy umierać, ponieważ u Boga nie ma względu na osobę, jeśli nasza wiara będzie tak wielka jak Henocha, to nie umrzemy.
